O Freudzie, Kaczorze Donaldzie i Budowniczym Wioski

– Co chce Pan dzisiaj robić? – zapytałam Klienta, który wyznał iż jest po bardzo ciężkim i intensywnym okresie, kiedy tłumaczył, relacyjnie rozjaśniał i właściwie już tylko tak z rozpędu czy może z poczucia obowiązku na sesję przybył.
– Sam nie wiem, westchnął Klient i tak jakby bardziej rozłożył się na czerwonej gabinetowej kanapie. Może nie położył, ale zdecydowanie odpuścił sobie pozycję siedzącą. – Może moglibyśmy coś pointerpretować. – powiedział bez przekonania.
Czujna figura zawsze obecnego Freuda wyszła zza bujnego fikusa i oparła się nonszalancko o poręcz najbliższego krzesła. – No, bądź miła dla Pana – powiedział zaczepnie i zrób coś pożytecznego. Powróć marnotrawne dziecię na łono ojcowizny.
– To jakiś oksymoron – parsknęłam. – Albo łono albo ojcowizna. No chyba, że Tatulek wykastrowany….
– Aj, aj, aj – zaśmiał się Freud. – To był taki miły ukłon w stronę Twojego feminizmu. No ale jak to zwykle, zbuntowane dzieci, nie potrafią docenić rodzicielskiej troski.
– Nie zbuntowane tylko wydzielone. I to dość dokładnie. – mruknęłam. Poczym powiedziałam do Klienta.
– Czyli chciałby Pan coś pointerpretować?
– No tak…
– A co?
– Może sny? – podsunął usłużnie Freud. – Tam dotrzemy do rdzenia id, z jego popędami i nieuświadomionymi pragnieniami…
– Cicho bądź. – powiedziałam do niego. A do Klienta: – to może porozmawiamy o Pana ulubionych bajkach z dzieciństwa?
Freud szalenie zniesmaczony demonstracyjnie zaczął kartkować dzieło Junga, pukając się od czasu do czasu w czoło i mówiąc coś w stylu: i to ma być terapia???
– Bajkach? – zdziwił się Klient. – Nooo, jedną miałem taką ulubioną. Komiks z Kaczorem Donaldem.
– Z którym bohaterem się Pan utożsamiał?
– Ze Sknerusem McKwaczem oczywiście. Odniósł sukces, podróżował, miał skarbiec i był taki no, jakby to powiedzieć..
– Samowystarczalny? – podsunęłam usłużnie.
– Tak, tak właśnie!!! – zapalił się Klient. – Nic od ludzi nie potrzebował.
– Tylko ludzie od niego?
– Tak!! Ale on nie dawał się wykorzystywać. Sprytny był.
– Pewnie życie go nauczyło?
– Na pewno nie miał łatwo. – przytaknął Klient.
– A co Pan czuje jak Pan mi to mówi?
– Aaa, jakoś mi smutno.
– Aha. No mnie też smutno jak go sobie wyobrażam jako małego chłopca, który musi sobie radzić ze wszystkim sam i obiecuje sobie, że już nigdy nie będzie taki bezradny.
– O! Były takie odcinki w tym komiksie?
– Nie, ja tylko mówię o swojej fantazji. A co? Zabrzmiało jakoś znajomo?
– No może. Myślałem, że gdzieś to już czytałem.
Zapadła cisza. Po gabinecie krążyła senna mucha, deszcz bębnił o szyby. Freud udawał, że mnie wcale nie słucha. Notował tylko coś pilnie w swoim notesie. Wydaje mi się, że mruczał po niemiecku o wędrówkach duszy.
– A jak Pan teraz myśli o tym komiksie. – kontynuowałam. – To nadal ten Sknerus jest najfajnieszy? Może są jakieś inne postacie, które Pana przyciągają?
– Na przykład?
– Kaczor Donald?
– Ale przecież to fajtułapa straszny!!!
– No, czasami tak. Ale nie zastanawiało Pana, że on mimo wszystko opiekuje się swoimi siostrzeńcami bardzo skutecznie? Pomaga im, chroni, karmi, wszędzie ze sobą zabiera? Fajne dzieciaki z nich rosną. Czułe, mądre, zaradne.
– No w sumie..
– No i ma swoje alter ego. Pamięta Pan Super-Kwęka, tajemniczego obrońcę Kaczogrodu?
– To Pani czytała ten komiks???
– Milion razy, z moimi dziećmi. No to jak, pamięta go Pan?
– Jakoś mi umknęło, ale jak Pani go tak opisuje to faktycznie wydaje się mieć większe zasoby niż ten Sknerus. Jakieś takie umiejętności miękkie, czy jak to się nazywa.
– Najwyraźniej pochodził z tej części rodziny, gdzie relacje między rodzicami a dziećmi układały się inaczej. – Potwierdziłam. Jemu blisko do ludzi, ufa że są dobrzy, radzi sobie w różnych sytuacjach i zamiast na sukces kładzie nacisk na misję. Działa dla dobra innych.
– Incognito – powiedział w zamyśleniu Klient. – Ma inne wartości.
– Właśnie.
– Wie Pani co? Czytam właśnie książkę o Budownicznym wioski dla dzieci w dżungli. On jest takim typem samotnika, ale robi też coś dla innych.
– A co będzie jak ukończy budowę? – zapytałam. Freud podszedł bliżej i przestał udawać niezainteresowanego.
– Jak to co? Pewnie odejdzie do swojej samotni, gdzieś w górach. – uśmiechnął się Klient. – Zresztą jak skończę czytać to Pani powiem.
– A czy myśli Pan, że on tam w tej wiosce mógłby wybudować jeden dom dla siebie?
– Haha!! A to dobre pytanie. Może mógłby, ale ile on by wytrzymał tak wśród ludzi. On lubi podróżowanie i spokój.
– No ale – spróbowałam ostrożnie. – Mógłby tam mieć swój dom, czasem by w nim mieszkał a czasem nie. Miałby gdzie wracać. To by było takie jego miejsce na ziemi, gdzie ludzie go lubią i szanują. Bo zrobił dla nich wiele dobrego.
– No w sumie mógłby, zgodził się Klient. – W końcu podarował im wioskę.
– A oni mu podarowali wspólnotę i swoją obecność. – Zakończyłam.
Po wyjściu Klienta z gabinetu Freud podszedł do mnie, poklepał po plecach. I powiedział:
-Moja droga, młodsza Koleżanko. Pani nie jest Kobietą tylko Człowiekiem!!!
-Panie Freud – odparłam. – Dobrze się znamy. Wiedziałam, że ten Pana ukłon w stronę feminizmu to jedna wielka lipa.
Koniec

tekst: Magda Skomro

Be My Valentine – o tym co pomaga i o tym co przeszkadza w szukaniu miłości

Jak co roku, w okolicach lutego, dostaję mnóstwo pytań dotyczących natury kobiet i mężczyzn. Pragnienie czytelnicze wzrasta, głód wiedzy dodaje motywacji do szukania, dyskutowania i opracowywania planów strategicznych. Ostatecznie, 14 lutego nasze umiejętności, kompetencje i możliwości będą wystawione na komercyjną próbę, którą stały się Walentynki. Problem umiejętności bycia w relacji, zrozumienia kobiety lub zaimponowania mężczyźnie, wydaje się, poza nielicznymi momentami w historii świata, kiedy akurat toczyły się krwawe wojny lub groziła nam nuklearna zagłada jednym z najbardziej dojmujących i istotnych. A zresztą, po cóż robić wyjątki w czasie wojny. Wszyscy pamiętamy wyprawę na Troję i piękną Helenę, historię Wandy co nie chciała Niemca, tajemne westchnienia królowej Jadwigi do niemieckiego wybranka i jej poświęcenie się wyższemu dobru poprzez wzięcie ślubu z Jagiełłą. O melodramatach Zygmunta Augusta i Barbary Radziwiłłówny nie wspomnę.

Tak więc temat gorący, pojemny, wyzwalający zarówno ukryte tęsknoty co i głębokie lęki i kompleksy. Póki świat nie znał telewizji i Internetu, większość miłosnych historii, udowadniania czy zdobywania odbywała się na szczeblu indywidualnym, chyba że było się Królem i miało się romans z żoną monarchy innego państwa – patrz angielsko-francuska intryga z „Trzech Muszkieterów” Aleksandra Dumas. Obecnie, każdy z nas staje na progu Próby i Wyzwania. Plakaty i reklamy huczą o wyjątkowości chwili, zasypując nas ofertami kolejnych romantycznych prezentów a nawet ostatnio propozycjami szybkich pożyczek finansowych. Jeśli jesteś w związku i jesteś kobietą możesz być pewna, że dostaniesz pytanie co dostałaś „od niego” na Walentynki, albo przynajmniej „gdzie Cię zabrał”. Będziesz też narażona na rozmyślania czy on Cię w ogóle kocha, czy jemu jeszcze zależy i będziesz się miotać między chęcią zaproponowania wspólnego wyjścia do kina a dumą, która każe czekać na to co on zrobi. Jeśli jesteś w związku i jesteś mężczyzną to prawdopodobnie najpierw powzdychasz do czasów kiedy takie święto nie istniało, potem być może będziesz próbował wyjaśnić Ukochanej, że celebrujesz ją cały rok a nie tylko 14 lutego i 8 marca, aż w końcu pokonany naporem społecznym będziesz już tylko rozpaczliwie myślał jak zminimalizować straty. Brzmi stereotypowo? Prawda. Ale równocześnie odnosi się do całkiem sporej ilości Szanownych Czytelników tego tekstu, więc nie udawajmy że tego nie ma.

Jeszcze gorzej mają się Ci, którzy Walentynki spędzą samotnie. Hollywodzkie produkcje typu „Bezsenność w Seatle” nie pozostawiają złudzeń, że jest to idealny moment na spotkanie Wymarzonej Drugiej Połówki, dramatyczne błyskawice olśnień i przysłowiowy łut szczęścia Szarego Człowieka, który niby Kopciuszek obsypany darami Dobrej Wróżki staje się nowym człowiekiem. Och, brr!!! powiało grozą. Ale też wśród Was, Drodzy Czytelnicy są i tacy, którzy prowadzą od jakiegoś czasu wewnętrzny trening przygotowania do maskowanej walentynkowej depresji typu: to głupie święto, mam dużo pracy, wcale mi nie zależy. Trening, zaprawa i depresja byłyby zbędne gdyby w atmosferze walentynkowego święta panowała dowolność i tolerancja. Niestety nakazy medialne i oczekiwania otoczenia wywierają zwyczajnie presję, którą nam ciężko dźwignąć. Nagle tego wyjątkowego dnia świat, który coraz bardziej jest nastawiony na indywidualność człowieka piętnuje wszystkich Singli, niezależnie czy są nimi z wyboru czy nie i nakazuje im poszukiwania miłości życia, która na pewno czeka za najbliższym rogiem.

Mamy także i kategorię tych, którzy od pewnego czasu chodzą dookoła siebie i puszczają oko lub badają teren. Ci, chwytają w locie okazję zacieśnienia kontaktu a ich główną troską jest jak to zrobić zgrabnie i równocześnie skutecznie w aspekcie długofalowym. Co robić lub czego nie robić? I tutaj zaczyna się wspomniany na początku okres gorączkowego poszukiwania odpowiedzi jak uwieść kobietę/mężczyznę i czym jedno różni się od drugiego – poza oczywistościami rodem z Atlasu Anatomicznego.

I właśnie dla ostatniej Grupy przygotowałam w tym artykule garść wskazówek, które mogą okazać się przydatne. Myślę też, że w wielu przypadkach warto je choćby pobieżnie pamiętać  i stosować wśród Czytelników z dwóch poprzednich Grup, a więc Będących w Związku i (Nie)intencjonalnych Singli. Mogą znacząco ułatwić życie i przywrócić krążenie w zdrętwiałym od usztywnionego stanowiska ciele.

A zatem do dzieła. Wskazówki podzieliłam na ogóle, dla Kobiet i dla Mężczyzn z omówieniem typowych wzorców zachowań, których raczej unikajcie, jeśli chcecie stworzyć harmonijną i szczęśliwą relację.

Wskazówki ogólne

  1. Mężczyzna jest takim samym Człowiekiem jak Kobieta

    Mimo, że moja teza może dla niektórych brzmieć absurdalnie lub kończyć złoty okres prosperity i wmawiania innym, że „ja już taki jestem/taka jestem, typowy facet/typowa kobieta” to niestety prawda. Posiadamy podobne zdolności i możliwości: kobieta może nauczyć się naprawiać samochód jeśli tylko ją to kręci a facet może realizować się w kuchni. Wielkość mózgu nie ma tutaj nic do rzeczy. Posiadamy także podobne zdolności w zakresie czucia i przeżywania emocji. Jeśli nie wierzycie popatrzcie proszę na małe dzieci: wszystkie reagują podobnie, niezależnie od płci są takie które płaczą bardziej niż inne lub śmieją się dłużej i głośniej, bądź zamyślają częściej. To wychowanie, wzorce kulturowe, przekazy środowiska w którym wzrastamy blokują lub przyzwalają nam na pewne zachowania. Bardzo pięknie pisał o tym John Grey w „Mężczyźni są z Marsa, Kobiety z Wenus”, a z rodzimych autorów polecam Wojciecha Eichelbergera („Męskie pół świata”, „Zdradzony przez Ojca”, „Kobieta bez winy i wstydu”). W związku z tym przeżywanie emocji, potrzeba głębokiego kontaktu ze sobą i innymi, budowanie intymności jest wspólne dla obu płci. Mogą się różnić językami miłości. Dla jednego ważniejsze będzie mówienie, dla innego działanie lub fizyczny kontakt. Ale nie są to języki oparte na wyłączności a jedynie preferencje. W związku, poprzez miłość i szacunek dla drugiej osoby, poprzez pragnienie wzięcia jej pod uwagę często potrafimy się otworzyć na inne języki pod warunkiem jednakże wzajemności. Oznacza to, że efekt synergii i harmonii powstaje wówczas kiedy postępują tak obie osoby. Jeśli oczekujemy natomiast, że będzie to robić tylko jedna z nich to mamy do czynienia z punktem drugim czyli:

  2. Nie gódź się na zgniłe kompromisy

    Chodzi mi o sytuacje, w których jedna strona oczekuje od drugiej sposobu zachowania czy postępowania, który całkowicie zaspokaja jej potrzeby i dodatkowo co do milimetra jest zgodny z jej wyobrażeniem metody realizacji tych potrzeb (czyli strategii). Taka sytuacja jeśli trwa dłużej niż chwilę i jeśli nie następuje po niej kompensacja potrzeb Partnera, który się dopasował, grozi długotrwała frustracją i końcem związku. Potrzeb nie można się pozbyć, one są i na bardzo głębokim poziomie określają czego nam potrzeba do dobrego samopoczucia i szczęścia. Jeśli w relacji są realizowane tylko dla jednej osoby, ta druga pozostaje niezaspokojona. Jeśli tak robisz w swoim związku, to właśnie dałam Ci żółtą kartkę z wyraźnym ostrzeżeniem. Przestań, zatrzymaj się i spróbuj sobie odpowiedzieć na pytanie czego może potrzebować i pragnąć Twoja Partnerka/Partner. W jaki sposób możesz mu to dać, nie rezygnując równocześnie z siebie. Może Walentynki są dobrą okazją do szczerej rozmowy na ten temat i pierwszym krokiem do zmiany?

  3. Widziały gały co brały

    Jest taka znana anegdota mówiąca o tym, że kobieta najpierw poślubia mężczyznę, później usiłuje go całkowicie zmienić a następnie narzeka, że on już nie jest taki jak przed ślubem. Pamiętacie? Kiedy wchodzisz w związek postaraj się bardzo uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie czy chcesz tego związku właśnie z tą a nie inną Osobą. A jeśli tak, to dlaczego? Co sprawia w niej/nim, że chcesz z nią/nim mieszkać, mieć dzieci, rozwiązywać problemy? Jeśli już teraz się nie dogadujecie to skąd u Ciebie pomysł, że później będzie inaczej? Jeśli Partner jest atrakcyjny fizycznie, ale na spacerach uporczywie milczycie lub przeglądacie komórki to może po prostu znak, że nie jesteście do siebie dopasowani? Wiele związków jest nieszczęśliwych, bo ludzie zawiesili się na swoich wyidealizowanych oczekiwaniach, które nie mają pokrycia w rzeczywistości. Aby się poznać, potrzebujecie czasu. Przebywania ze sobą w różnych sytuacjach, przyglądania się sobie pod różnym kątem. Nie podejmujcie decyzji pochopnie. Nie udawajcie też kogoś innego niż siebie, bo prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw i nie będzie przyjemnie (patrz punkt 4). Jeśli jesteście w takim punkcie, że zastanawiacie się co dalej i czy dalej, to wykorzystajcie Walentynki żeby pobyć ze sobą inaczej niż do tej pory. Może gra miejska lub wyprawa w nieznane? A może wspólne sprzątanie domu i wizyta u chorej Babci. Każdy pretekst będzie dobry żeby się lepiej poznać.

  4. Kryzysy są potrzebne i tworzą głębsze relacje

    Tak, nie rób do mnie grymasów – kryzysy są budulcem relacji. Początkowa faza idealizacji i romantycznego zakochania ustępuje fazie budowania dojrzałego związku. To naturalne, że kiedy poczujemy się pewniej i stabilniej a równocześnie pojawia się możliwość, że pobędziemy ze sobą dłużej niż 2 miesiące to zaczynamy rozmowy o tym jak zbudować to nasze bycie i jak ono ma wyglądać. Jeśli kryzys zamiast oskarżania i wylewania na siebie brudów, służy poznaniu problemów i szukaniu rozwiązań to bardzo zbliża. Pojawia się też zaufanie, że możemy wnosić do związku swoje potrzeby i nawet jeśli to jest trudne dla Partnera/Partnerki to zostaną one przez nich wzięte pod uwagę.

  5. Świat nasz, świat mój

    W Walentynki cały świat wydaje się mówić: jesteście razem, od dzisiaj tylko my, nasze, dla nas. Stop, nic bardziej destrukcyjnego dla związku. Dobry związek to przestrzeń na nasze My i nasze nie-My. To co było Twoim światem zanim poznałeś swoją drugą połówkę ma być nadal częścią Twojego świata, kiedy jesteście razem. Masz prawo do swojej prywatności i przestrzeni, tak samo jak potrzebujesz uznać przestrzeń i wolność drugiej osoby. Wtedy macie szansę na prawdziwą radość z tego co wspólne i relacyjne. Pułapką jest stworzenie dwóch odrębnych światów między którymi prowadzi wąska kładka taka jak obrączki, mieszkanie, dzieci lub kredyt.

  6. Flirtuj i baw się

    Flirtowanie, uwodzenie, spontaniczność, zabawa i radość niech Wam towarzyszą na codzień a nie tylko na początku związku lub w Walentynki. To element zapewniający nieustanny dopływ świeżości i inspiracji w związku, dzięki któremu nie grozi Wam monotonia lub nuda. Pisz Ukochanemu lub Ukochanej czułe i romantyczne karteczki, wysyłaj od czasu do czasu gorące sms’y, przekomarzaj się i adoruj. Pamiętaj że jesteś dla tej drugiej osoby zwierciadłem. To jak się przegląda w Twoich oczach, będzie miało istotny wpływ na poziom satysfakcji w Waszej relacji począwszy od wspólnych wakacji a kończąc na przygotowywanej w pośpiechu kolacji. Nawet jeśli Wasz związek trwa już długo, a Wasze życie zmierza powoli na drugą stronę mostu, wykorzystajcie Walentynki żeby przypomnieć sobie pierwsze miesiące i lata, przywołać tęsknotę i romantyzm , zasmakować szaleństwa i zrobić te wszystkie rzeczy, na które wcześniej nie starczało Wam czasu, odwagi lub.. pieniędzy;-) Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o istocie flirtu polecam mój wcześniejszy tekst o Flircie i Flirtowaniu, albo w wersji do wykorzystania we dwoje karcianą wersję Flirtu towarzyskiego.

Wskazówki dla Niego

Poniżej przedstawiam Ci kilka typowych wzorców związkowych zachowań, których NIE POLECAM do naśladowania. Niech Cię nie zwiedzie żartobliwy ton mojej wypowiedzi. Nawet nie próbuj ich stosować. Serio, bo będzie wielka katastrofa.

  1. Piękna Helena

    Jak wiadomo Helena była żoną króla Sparty. Zakochany Parys porwał ją, co zaskutkowało dziesięcioma latami oblężenia Troi. Wyobrażasz to sobie? 10 lat bez dostępu do współczesnych trendów mody, kosmetyków i odmładzających zabiegów? Która kobieta zniesie taką miłość? Nie dziwota, że pod koniec oblężenia Helena już sama nie wiedziała kogo kocha i za co..Zapamiętaj Drogi Mężczyzno, że wielbienie kobiety nie polega na porywaniu jej niczym leśnej, wystraszonej nimfy. Nie chodzi o wyrywanie jej z sytuacji, która Twoim zdaniem jest nie do zniesienia i robienie za ojca (o kurcze, napisałam to? A nie miało być psychoanalizy, to tylko taki luźny tekst z okazji 14 lutego…), superbohatera i boga. Pozowanie na faceta, który wie lepiej i powie jej co ma zrobić, też nie na wiele się zda. Ograniczanie, żeby Cię kochała to już zupełnie spalony pomysł. Oddaj kobiecie wolność decydowania i odpowiedzialność za to co robi. Wspieraj poprzez swoją obecność i podążanie, nie bój się emocji i własnych słabości. Jeśli tak uczynisz, a rzeczona Helena Cię kocha, to prawdopodobnie poradzi sobie znacznie szybciej z dowolnym królem dowolnej Sparty i będziecie żyli długo i szczęśliwie.

  2. Wierna Penelopa

    Penelopa była żoną Odysa. Czekała na niego 20 lat, podczas gdy on szwendał się po całym świecie udowadniając swój spryt i przebiegłość. Ilość swetrów, które w tym czasie zrobiła, żeby spławić zalotników, mogłaby zasilić cała Armię Zbawienia. Mimo że Penelopa wytrzymała, za co jej chwała, brak jest dalszych wzmianek na temat szczęśliwości pożycia owej pary. Wniosek? Jak już znalazłeś kobietę swojego życia, to albo z nią zostań i ciesz się, albo zabieraj ją ze sobą w dalekie podróże. Za to ostatnie może Ci być nawet wdzięczna…

  3. Fantazje króla Dawida (czyli żona i nałożnica)

    Król Dawid zasilił Stary Testament mocno niechlubną historią zawłaszczenia cudzej żony, poprzez wysłanie jej męża na pewną śmierć. Jahwe nie wytrzymał, był w tamtym czasie na bieżąco z wydarzeniami na ziemi (ciekawe co by zrobił dzisiaj), i zareagował poprzez odebranie Dawidowi mocy i chwały. Wniosek? We wszystkie sytuacje wchodź w sposób jednoznaczny, staraj się być spójny i na tyle w różnych układach fair, aby móc spojrzeć potem ludziom prosto w oczy. Nie stawiaj też swojej kobiety w trudnej sytuacji, gdzie jest zarówno wyjątkowa i niestety nie-jedyna (wiem, że umiesz to dobrze uzasadnić), bo wyobraź sobie że te dwa pojęcia się ze sobą kłócą. Opcjonalnie pamiętaj o karze Niebios, chociaż od czasów sprzed narodzenia Chrystusa, różnie z tym bywa.

  4. Zeus archetyp don Juana

    Zeus poszedł jeszcze dalej niż król Dawid, a wedle pewnych przekazów (patrz „Grek Zorba”) zapłacił za to utratą religijnego hegemonium. Przyszedł Chrystus i powiedział: nigdy więcej kobiet! Zeus gdzie mógł nawiązywał romanse, doprowadzał swoją żonę do białej gorączki (stąd zapewne od jej imienia pochodzi słowo hetera), płodził potomków na lewo i prawo i czekał spokojnie aż będą pełnoletni. Wtedy objawiał im wielką tajemnicę, przezornie nie wspominając iż w żaden sposób nie łożył przez lata na ich utrzymanie. Wniosek? Jeśli chcesz mieć przy swoim boku tą samą kobietę, którą kiedyś poznałeś bądź wobec niej uczciwy i otwarty. Zauważ też proszę, że życie ma w sobie dużo więcej składowych niż słowo: związek. Na przykład: duchowość i pasja. To wszystko się łączy a nie wyklucza.

  5. Don Juan typ narcystycznego kochanka ze skazą

    Pierwowzór relacji toksycznej, w której ona kocha i cierpi a on nie może się odnaleźć. Wszyscy wiemy o co chodzi. Jeśli jednak ktoś chce wiedzieć więcej to odsyłam do pozycji „Kobiety, które kochają za bardzo”.

  6. Święty Augustyn

    Opcja wyjątkowo źle widziana przez emancypantki. O św. Augustynie napisano już wiele. Wiele i on napisał na temat natury kobiet, które dla niego są rozwiązłe, złe, występne a żeby pogłębić je jeszcze bardziej, prawdopodobnie nie posiadają duszy. To służy mu za wystarczające usprawiedliwienie traktowania ich w sposób pogardliwy i bezwzględny, mimo bardzo bujnej osobistej przeszłości a nawet pewnej dozy rozpasania. Ten typ mężczyzny związkowego, mimo że wydaje się to dosyć nieprawdopodobne, jest i ma się dobrze. On zawsze wie dlaczego kobieta poszła na studia (żeby złapać męża), dlaczego uczy się języka obcego (bo chce złapać obcokrajowca na męża) a nawet czemu angażuje się w akcje humanitarne wydatkując własny czas, chęci i pieniądze (bo chce wyglądać na lepszą niż jest i …no właśnie!!! złapać męża). Krótko: Panowie, naprawdę nie tędy droga. Nie mówię żeby od razu stać się Donem Brownem, który z kolei każdą możliwą zasługę z historii świata przypisałby kobiecie (patrz „Kod Leonarda da Vinci”), ale żadne skrajności nie służą tworzeniu związków. Po prostu.

 

Wskazówki dla Niej

Mimo, że w tym tekście było już bardzo dużo o kobietach w różnym ujęciu (tak, możecie mi zarzucać stronniczość, jestem kobietą jak Kopernik;-)) to chciałam na koniec przedstawić kilka wzorców kobiecego zachowania, które jeszcze nigdy w historii świata nie zakończyły się happy endem. Oto one:

  1. Hera

    Wiecznie rozwścieczona tygrysica, węsząca podstęp na każdym kroku. Jeśli on schudł to na pewno dlatego, że podrywa koleżankę z pracy. Jeśli utył to dlatego, że ona jest złą żoną. Jeśli jest miły to na pewno coś przeskrobał, a jeśli jest niemiły to pewnie próbuje coś ugrać. Życie na karuzeli wiecznej zazdrości, która ogląda pod mikroskopem koszule i przegląda jego pocztę i zawartość telefonu jest trudne. Nie tylko dla niego, bo może nie mieć nic do ukrycia. Także dla Ciebie, bo nie możesz zaufać, otworzyć się czy zaangażować w związek. Wiecznie napięta, dbająca o pozory (żeby tylko inni się niczego nie domyślili) i perfekcyjna zabijasz krok po kroku miłość. Popracuj ze swoją potrzebą kontrolą. To może być jedyna rozsądna droga.

  2. Afrodyta

    Kochała wielu naraz lub po kolei. Wyszła za mąż za Hefajstosa, nie dlatego że chciała, ale dlatego że Zeus tak zadecydował. W związku z tym czuła się poszkodowana i usprawiedliwiała każde swoje zachowanie skupiona na sobie, nieczuła na innych. Kochająca i równocześnie niedostępna. Piękna i w tym samym czasie wyrachowana. Jeśli odnajdujesz się w tym opisie, weź głęboki wdech i zastanów się nad swoim życiem. Może nie warto marnować go na bycie w byle jakiej relacji, byle z kim, byle gdzie, byle tylko gonić złudnego króliczka szczęścia. Czas wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Może nie będzie łatwo ale ostatecznie czy nie jesteś tego warta?

  3. Wanda co nie chciała Niemca

    Wanda wolała umrzeć skacząc do Wisły niźli poślubić Niemca. Wszyscy znamy tą legendę. Ale gdyby ją przerobić na współczesne realia, mogłaby być opowieścią o wiecznie niezadowolonych dziewczynach, szukających idealnego mężczyzny, który nie istnieje. Mogłaby być także historią o tym, że czasami wybory znajdujące aplauz otoczenia nam po prostu nie służą. Dokonujemy wyborów „dobrych i słusznych”, płacząc w poduszkę za wyborami serca. Jeśli nie spróbujesz być sobą, także w relacji, to nie będziesz sobą w reszcie życia. Pozwól sobie na swoje własne decyzje, bądź bardziej tolerancyjna. Zaakceptuj, że kochasz po swojemu a nie wedle tego jak wypada, pogódź się także z tym że ideały nie istnieją. Wtedy może się okazać, że miłość czeka, tylko Ty nie zwracasz na nią uwagi lub nie dajesz sobie do niej prawa. Rezygnacja z idealizmu odciąża dodatkowo bardzo pod względem wysiłku i czasu.

  4. Kasandra

    Ta co wieszczy i wiecznie się boi. Generuje dużo napięcia w związkach. W końcu dostaje etykietkę „histeryczka” i dźwiga ją w samotności i zgorzknieniu. Kasandry często boją się zaangażowania w związek, przekonane o jego rychłym końcu. Paradoksalnie tworzą samospełniające się przepowiednie, bo unikając bliskości w lęku przed zranieniem, ostatecznie zostają porzucone i nieszczęśliwe. Jeśli jesteś akurat w relacji, w którą boisz się zaangażować to może tym razem odłóż na bok wszystkie swoje uprzedzenia i po prostu spróbuj. Nic tak nie boli jak szansa, z której na wszelki wypadek postanowiliśmy zrezygnować.

 

I to już koniec. Życzę Wam samych dobrych miłości, odwagi w spełnianiu marzeń, szczypty rozsądku i cierpliwości a kiedy trzeba to kilku kropel szaleństwa. Szczęśliwych Walentynek!!!

 

tekst: Magda Skomro z KrkUff! Filozofia życia

 

 

 

 

 

O wolności wyborów, rysie oczekiwań i Duchu w ciemnym lesie

Jest taka odmiana życiowych decyzji związana ze spełnianiem cudzych oczekiwań. Znacie je? – „Powinieneś zostać lekarzem, mama chce żebym miała dobry zawód, rodzice czekaja na wnuka…”
Albo inaczej: „udowodnij nam, że to co robisz jest naprawdę dla Ciebie ważne i ostateczne. Skoro już zaręczyłaś się wyjdź za niego. Skoro już poszedłeś na te studia skończ je. Skoro masz dzieci poświęć się.”
Trudno.
Kiedyś, jak w biblijnym raju człowieku podjąłeś decyzję. I będziesz za nią płacił do samej śmierci, a nawet po śmierci. Byle inni odetchnęli z ulgą, że Twoje życie w niczym nie jest inne od tego z czym oni borykają się na codzień. Bedziesz usprawiedliwiem ich własnego lęku przed podejmowaniem ryzyka i dokonywaniem zmian.
Twoje trwanie w decyzji, która już nie jest Twoja.
Twoje nie przyznawanie sobie prawda do popełniania błędów.
Twoje branie odpowiedzialności za uczucia, myśli i zachowania innych ludzi (będą szczęśliwi, nie będą, co pomyślą, pomyślą właśnie).
Twoje zakreślanie ostatecznych granic (jest już za późno, nie jest za późno, jeszcze jest czas, to bez sensu).
Twoje nie podążanie za własnymi potrzebami (bylebym miał spokój, po co, to naprawdę nieważne czego ja chcę).
To wszystko oddala Cię od bycia prawdziwym człowiekiem.
Bo człowiek to istota poszukująca. Przed nią rozpościera się las Dantego, ciemny las pełen namiętności, krętych ścieżek i różnych pokus.
Gdybyś był idealny, nie byłbyś tutaj, na Ziemi.
Errare humanum est.
Nic co ludzie nie jest mi obce.
Pantha rhei.
Nic dwa razy się nie zdarza.
Lęk to nasz grzech pierworodny.
Weź oddech i zastanów się czy gdybyś miał przed sobą tylko jeden rok życia naprawdę chciałbyś spełniać cudze oczekiwania.
A później idź przed siebie.
Za Tobą piekło. Przed Tobą raj. Po prawej decyzje. Po lewej konsekwencje. Nad Tobą czuwa Duch.
Póki żyjesz masz wpływ na to co się wydarzy. Jestem tuż za Tobą. Pół kroku.

koniec

Życzenia Noworoczne

Dzisiaj koniec Starego Roku. Umowny oczywiście. Rozmija się ze wszystkimi tradycyjnymi datami przesileń i odnowień/zakończeń. Jednak, jak ze wszystkim co się pojawia i utrwala, Sylwester w naszej kulturze, nabył swoich praw przez zasiedzenie, wkradł się w szacowną przestrzeń nieświadomości zbiorowej i stał się Archetypowy. A zatem jakoś ważny także dla mnie i Jerzego. I pewnie dla Ciebie też – Drogi Czytelniku/Droga Czytelniczko, nawet jak siedzisz teraz w ciemnym kącie pokoju i pomstujesz, że w nocy nie będziesz mógł/mogła spać. Lub siedzisz u kosmetyczki i narzekasz, że musisz coś ze sobą zrobić. Lub w sklepie nerwowo przymierzasz kiecki i koszule sprawdzając czy to tylko na raz, czy też może uda się w tym obskoczyć kilka okazji.
Właściwie co za różnica czy to Sylwester czy inne wydarzenie wydrze Cię z objęć stagnacji, bylejakości i zaniedbania? Ważne, żeby to co się wydarza było dla Ciebie dobre. A co jest dobre? Tylko to co w Twoim przeżyciu będzie dobre i potrzebne teraz lub chwilę później. Pamiętaj też, że nie zawsze to co przychodzi i to czego doświadczasz jest tym czego chcesz. Jednak bardzo często jest tym czego naprawdę potrzebujesz. Jeśli na moment przyjmiesz taką perspektywę i spojrzysz na mijający rok, możesz odkryć że masz co świętować i za co dziękować. I że nawet rzeczy trudne przyniosły Ci coś ważnego, odkrywczego, potrzebnego. Proces płynie szeroką drogą, zahaczając o różne meandry. Pozwól sobie na podążanie wraz z nim, siłą nurtu i ciekawości.
Ten rok był ważny i znaczący również dla nas, osobiście i zawodowo. Rozpoczęła się i zakończyła pierwsza edycja Grupy Kobiecej C.K.Lilien. Właśnie zaczęła się druga, a w planach na wiosnę pojawiła się już trzecia. To już rok minął także od momentu kiedy pierwszym warsztatem z cyklu Bliski Kontakt Trzeciego Stopnia zaprosiliśmy Was do współtworzenia z nami przestrzeni KrkUff! – naszej filozofii życia, która mamy nadzieję, staje się też powoli Wasza. To również rok który dopełnił pewne nasze ścieżki rozwoju zawodowego a otworzył inne. Poznaliśmy mnóstwo nowych, ciekawych osób. Z niektórymi rozstaliśmy się, czasem przeżywając większe i mniejsze żałoby. Dowiedzieliśmy się o sobie nowych rzeczy. Z niektórych zdarzeń wyciągnęliśmy wnioski. Pamiętamy że co nas nie zabije, to nas nie zabije, a o wzmocnienie musimy zadbać sami. Tak samo jak o własne granice i przestrzeń, a także marzenia:-)
W związku z kończącym się Starym Rokiem i początkiem Nowego życzymy Wam:
– więcej luzu w podchodzeniu do poważnych rzeczy i spraw
– prostej postawy i zdrowego ciała – pomaga na dobry nastrój
– kontaktu z duchem i dobrej kawy – nasza z dripa sprawdza się niezawodnie
– autrefleksji, która nie boli – bolącą wysyłamy na Hawaje razem z Krytykiem w worku od świętego Mikołaja
– przyjaźni, która czasami jest łatwa a czasami trudna ale j e s t
– radości z rzeczy drobnych
– świętowania siebie
– doceniania i wdzięczności za to co jest i za to co będzie
– zaufania i kontaktu ze swoim autentycznym Ja
Oraz wszystkiego innego!!!
Magda i Jerzy z KrkUff! Filozofia życia

O Starym i Nowym Moście, Końcu Świata i Przodkach

Ciekawią mnie pokłady mojej pamięci. Zagrzebane szczegóły, słowa, gesty, które w odpowiednim momencie wypływają na powierzchnię świadomości, zachłystując się świeżym powietrzem. Wpasowują się w części nowych układanek, kontekstów czy obrazów sytuacyjnych.
Wierzę także w istnienie pamięci zbiorowej, wielkiego wora doświadczeń i symboli, pulsującego energią wszystkich poprzednich pokoleń, z którego w odpowiednich warunkach możemy czerpać wspomnienia, wiedzę i inspirację.
Żyjemy obecnie na styku dwóch epok, w tzw. międzyczasie końca świata. Kiedy światy się przenikają ludzie, zdarzenia i ich historie mieszają się ze sobą. Im większa łączność między reprezentantami pokoleń tym większa szansa na odebranie przekazów z „miejsc poza czasem”.
To także okres zwiększonej aktywności w wypalaniu się zobowiązań i związków karmicznych, niezbędnych do podniesienia wibracji świata.
Ostatnio kiedy przejeżdżałam taksówką przez starą część miasta, do Podgórza, prowadzący, starszy gadatliwy człowiek z wąsem powiedział:
– Pojedziemy przez stary most.
Zdziwiłam się. Stary? Czyli który?
Topograficznie doszliśmy w końcu do tego, że taksówkarz miał na myśli most Piłsudskiego łączący Kazimierz z Podgórzem.
– No tak, uśmiechnęłam się. – Teraz wybudowano jeszcze sławetną Bernatkę…
Kiedy wjeżdżaliśmy na most postanowiłam podzielić się na głos refleksją, która mi przyszła do głowy.
– Wie pan, ja to pamiętam jak ten most był naprawdę bardzo stary.
– ??
– No to była taka drewniana kładka, kontynuowałam mimo nagłego zamilknięcia mojego rozmówcy. – Pamiętam też jak go przebudowywali na ten, z tymi wszystkimi wiązadłami stalowymi, o nowoczesnej konstrukcji. To trwało ładnych parę lat.
Zupełnie nie rozumiałam czemu taksówkarz już się do mnie nie odezwał, wymruczał jedynie wysokość należności i bardzo szybko zamknął za mną drzwi samochodu.
Dziwne.
Po kilku dniach ta rozmowa wróciła do mnie i postanowiłam sprawdzić ileż to dokładnie miałam lat kiedy ten most przebudowywano. Otwarłam stronę internetową Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie i …zamarłam.
Faktycznie, most był kiedyś drewniany. Został zaprojektowany i przebudowany wg projektu firmy Zieleniewskich w roku 1931. Po wojnie częściowo uszkodzony, odbudowany w 1945. Później nic.
Urodziłam się 13 września 1974 roku. Ja nie mogę pamiętać budowy tego mostu. Ale mój dziadek, mieszkający w Podgórzu od czasów I wojny światowej, pamiętałby tą budowę na pewno:-)
Niech ten Nowy Rok przyniesie Wam to czego potrzebujecie. Ale nade wszystko niech Wam przyniesie otwartość i gotowość do przyjmowania i rozumienia rzeczy w inny niż do tej pory sposób.

tekst: Magda Skomro, KrkUff!! Filozofia życia

Problemy Świętego Mikołaja

W wigilię św. Mikołaj miał dosyć samotności i bycia świętym. Ostatecznie narozdawał prezentów, nastarał się, podrobił też kilka znaków firmowych, bo kryzys ekonomiczny dopadł każdą branżę w mniejszy lub większy sposób.
Zatem Mikołaj miał potrzebę kontaktu, bliskości i więzi. Problem zaczął się już na samym wstępie, kiedy u kilku rodzin powiedziano mu: owszem, możesz z nami siąść do Wigilii, czemu nie, ale jako tzw. niespodziewany gość, czyli: miejsce gdzieś w kącie, gorsze sztućce, wyszczerbiony talerz, słowem: żaden krewny.
Mikołaj miał jednak marzenie, że jest członkiem rodzin, do których zaglądał co roku..
Kilka organizacji powiedziało, że przyjmie go od ręki, o ile zareklamuje ich produkty: sanie z logo, czapka firmowa, jakiś napój, który dodaje energii..
Kilka innych z kolei, nie tyle chciało reklamy ile raczej deklaracji, że jako ich brat odda im wszystkie swoje oszczędności i wyrzeknie się bliskich.  – Znaczy kogo, zapytał nabuzowany Mikołaj, reniferów??
Potem miał jeszcze kilka podejść, ale wszędzie w jakiś sposób było nie tak: a to podpisywanie deklaracji, a to przyjmowanie wiary, a to gorsze warunki ze względu na wiek..
Spotkałam go pod moim blokiem, kiedy ponuro klecił sobie na poczekaniu choinkę. – Tu będę sam siedział – sapnął. I wyciągnął wiśniówkę..
– Dobra, chodź do mnie, powiedziałam. U mnie nie ma miejsca przy stole, wszyscy siądziemy na podłodze. A moja matka naprawdę się ucieszy, jak ktoś zje to wszystko co przygotowała..- No, chodźże, wkurzyłam się, ja mam do Ciebie sentyment..
Święta minęły bardzo miło. Mikołaj opowiadał anegdoty, zmywał naczynia, bawił się z moimi dziećmi i usiłował spać w przewodzie kominowym, ale mu to wyperswadowałam.
Dogadał się z moją Matką co do proporcji wiśniówki w drinkach, i muszę wam powiedzieć, że czegoś takiego w życiu nie piłam.
Sporo śpiewał, nie tylko kolędy i miał dużo cierpliwości do słuchania.
Nie wiem czy będzie szukał innej kwatery w przyszłym roku, ale gdyby, to powiem wam: warto.
Warto być z innymi ludźmi, nie tylko dlatego, że są naszą rodziną. Warto rozmawiać i otwierać się na nowe możliwości. Dobrze jest odpuścić sobie diety, przyrzeczenia o ćwiczeniach duchowych, z radością zjeść kolejny kawałek ciasta lub napić się czegoś, co sprawi, że zamiast gdzieś gnać będziemy chętniej słuchać drugiego człowieka.
Warto pomyśleć po co robię różne rzeczy, za co jestem wdzięczny/wdzięczna, czego naprawdę chcę, co jest moje i pójść za tym.
A święta dopełnią resztę, tak jak w każdej dobrej bajce. Bo ta dzisiaj jest dobra:)))
Wszystkiego dobrego na święta!!!
Aha, wysyłamy Wam te życzenia już dzisiaj, bo w święta na pewno nie będziecie mieli czasu na otwieranie komputera:-)
Czego Wam i sobie życzymy,
Magda i Jerzy KrkUff! Filozofia życia

tekst: Magda Skomro

O Duchu Wigilii, Supermarkecie i Śnieżnym Makijażu

„O Duchu Przyszłych Wigilii! – zawołał Scrooge. – Lękam się ciebie bardziej niźli twoich poprzedników. Ale ponieważ wiem, że pragniesz mego dobra, i ponieważ mam nadzieję stać się innym, lepszym człowiekiem, gotów jestem wszędzie ci towarzyszyć z sercem przepełnionym wdzięcznością.” (Opowieść wigilijna, Dickens)

Siedziałam sobie na podłodze dużego sklepu kosmetycznego i marudziłam pod nosem: tego nie ma, to się skończyło, o tester! Nie, też zużyty.
Wyjątkowo dużo osób próbowało ponad moją głową dokonywać dalszych zakupów, nieczuli na braki, niedoskonałości i ograniczenia w zaopatrzeniu.
– Cóż oni tak kupują – zadziwiłam się –  a później wzięłam głęboki oddech.
„Święta dlatego w takiej u nas cenie,
Że są nieliczne w różnych dni bezliku,
Jak te kosztowne, najgrubsze kamienie,
Z rzadka dzielące perły w naszyjniku.” (W.Szekspir)
– Trafił, trafił ten Anglik –  zatarłam ręce z uciechy. – Komercja była jest i będzie.
– Skąd to zgorzknienie, o Magdaleno? – usłyszałam znajomy głos. Spanikowana rozejrzałam się dookoła i upewniwszy się, że przypadkiem mnie nikt nie posądzi o mówienie do samej siebie, wycedziłam z nutą szyderstwa:
– A kogóż my tu widzimy? Czyżby specjalistę od pytań otwartych? (Ostatnio jedna z moich klientek, która przyszła z dylematem, postawiona przed decyzją wykrzyknęła: to tak to wygląda?? Mam już wybierać? Myślałam, że będą jakieś pytania..otwarte!!).
Mój Anioł Stróż, bo on to był właśnie, w swej jakże eterycznej postaci, uśmiechnął się do mnie znacząco i wskazał na napis na swoim podkoszulku, mówiąc:
– A nie, dziękuję to zbyt prozaiczne metody.
Na podkoszulku białym, z błękitną poświatą widniał napis dokonany zapewne mieczem ognistym:
„Mentalista – osoba obdarzona przenikliwością, posługuje się hipnozą i/lub sugestią, zdolna do manipulowania ludzkimi myślami i zachowaniami.”
Zaczerwieniłam się.
– Myślałaś, że nie wiem co teraz namiętnie oglądasz w sieci?
– Szpieg..sniffer…
Powiało możliwością któregoś kręgu piekła. Najpewniej dla oszczerców.
– No dobrze, otrząsnęłam się, próbując delikatnie zmienić temat. – Co u dziadków?
– A doskonale. Właśnie przetransportowałem ich na święta do Waszego rodzinnego domu. Babcia pyta kiedy skończysz z anoreksją.
– Chyba miała na myśli wegetarianizm!
– Babcia dużo czyta. – pouczył mnie Anioł. – Zwłaszcza odkąd odkryła, że w zaświatach nie potrzebuje okularów. Interesuje się słowotwórstwem i nowomową.
Uśmiechnęłam się. -To dziadek pewnie zawiedziony. Zawsze jej czytał na głos gazety.
– Dziadek zajął się lobbowaniem na rzecz utworzenia nowej Partii. Mówi, że ma praktykę i doświadczenie.
– O tak, zreorganizuje wam te niebiańskie zastępy. Będzie ośmiogodzinny dzień pracy i Marsylianka..
– Nie przejdzie. Mamy własne ideały.
– Też prawda.
Staliśmy nieopodal kremów i balsamów do ciała. Pachniało od nich czekoladą, wanilią, karmelem i cynamonem. Coś w tym zapachu było kojącego, delikatnego, nostalgicznego.
Anioł popatrzył na mnie uważnie i zapytał:
– A dla ciebie jaki zapach mają święta, Madziu?
– Różowego opłatka, metalowego stojaka na wielką, sztuczną choinkę, brokatu osypującego się do wielkich tekturowych pudeł na bombki.
– I?
– I kaflowego, elektrycznego pieca w kuchni,który buchał gorącym ciepłem wymieszanym z zapachem smażonego maku i grzybów.
– A co słyszysz?
– Bulgotanie, skrzypienie śniegu, śmiech całej rodziny przy stole. Ubijanie śmietany, tarcie żółtego sera, brzdęk blachy do pieczenia. I widzę, dodałam, tysiące światełek, odbijajacych się w oknach kamienic.
– A teraz co jest dla Ciebie ważne?
– Kontakt z tymi, których kocham. I, dodałam szybko aby odwrócić jego uwagę od mojego wzruszenia, anioły rozstawione po całym Krakowie. Zawsze je liczę kiedy wracam po Wigilii od mamy.
– O, tęsknisz za mną. – uśmiechnął się Czawakijah. – Ale nie było w jego tonie kpiny.
– Tęsknię i mam nadzieję, że za rok znowu się spotkamy.
– Ze mną tak, ja jestem wiesz, Nieśmiertelny. – puścił do mnie oko. Są jednak tacy, których dawno nie widziałaś. Może warto?
– Zastanowię się.
– Indyk myślał o niedzieli a w sobotę… – powiedział swoim normalnym tonem i rzucił we mnie kulką śniegu. I oczywiście szybko rozpłynął się w powietrzu.
– Skąd ty wziąłeś ten śnieg? – zaskoczona strzepywałam z rękawów i twarzy biały puch.
– Ta pani jadła śnieg- krzyknął jakiś chłopczyk – ma śnieg na twarzy!!
– Cicho bądź – strofowała go matka. To na pewno taki makijaż.
– Ja też tak chcę!!!! – wył mały, patrząc na mnie z zazdrością.
– To prawdziwy śnieg – szepnęłam. I te święta też będą prawdziwe. O ile sama tego zechcę.
Pomyślcie o tym, w kontekście nadchodzących świąt. O tym co dla Was ważne, prawdziwe, potrzebne ale także trudne. Do Wigilii jeszcze kilka dni. Tylko wiecie, nie myślcie za długo. Jak ten indyk, co nie doczekał:-)

Czego serdecznie Wam życzymy!!!

Magda i Jerzy z KrkUff!! Filozofia życia

tekst: Magda Skomro

O flircie, flirtowaniu, sztuce uwodzenia, romansach towarzyskich i zapomnianych korzyściach

Przychodzą do mnie kobiety.  Ładne, w różnym wieku, dobrze ubrane. Przychodzą i mówią: nie mogę znaleźć faceta. Albo: był taki co mi się podobał i nie ośmieliłam się nic zrobić. Lub: no przecież wyraźnie dałam mu do zrozumienia, że mnie interesuje. Jak wyraźnie? –  Pytam.  – Zawsze mówiłam mu „cześć” jak spotykaliśmy się w kuchni na kawie.

Bosko,  prawda?

Są takie pośród nas, które nawet i chętnie rozmawiają z mężczyzną, ale zaangażowanie wydawałoby się niezbędne do gry wstępnej, szybko przeradza się w matkowanie.

Ona: upiekłam pyszną tartatin z własnoręcznie zrywanych w ogrodzie babci renet. Może wpadniesz?

On: oj, niestety mam dużo pracy.

Ona: jakiś Ty biedny!!! Wiesz co, pracuj tam sobie a gdybyś chciał się chwilę odprężyć, to zadzwoń do mnie, pogadamy. Jestem cały czas w domu.

On: to miłe, serio, ale jestem taki zmęczony że nie mam ochoty na rozmowę.

Ona: No jasne, jasne!!! A pijesz sok z jeżówki? Bo świetnie podnosi odporność a teraz, zwłaszcza w listopadzie, jest tak dużo przeziębień.

On: Jakaś Ty dobra!

Ale wiecie co? Na tym się kończy. Ona pozostaje dobra, a on jak już skończy swoją pracę pójdzie na kawę z laską, która może nie umie piec ciasta i poprawnie napisać słowa „jeżówka”, ale nie czeka na niego w domu jak święta krowa, a już przynajmniej w żaden jawny sposób się tym nie afiszuje. Ma też prawdopodobnie inne zalety: bawi się włosami, niby nieświadomie wodzi palcem po wargach lub uśmiechając się do niego zatacza kręgi po brzegu kieliszka. Wiecie co ona robi? Bawi się w jedną z  najstarszych ze sztuk: uwodzenie. A stosuje do tego narzędzie zwane flirtem.

Co to jest ten flirt? Wedle Wikipedii flirt  to zachowanie społeczne polegające zazwyczaj na prowadzeniu zalotnych rozmów i czynieniu kokieteryjnych gestów. Słowo pochodzi od starofrancuskiego conter fleurette, co znaczy „(próbować) kusić” przez upuszczanie płatków kwiatów.

– Płatki kwiatów? Powiedzą niektóre z Was – który facet teraz pójdzie na takie rzeczy? Wchodzi się na portal randkowy albo pobiera aplikację, trzy kliki, on pyta czy pójdę z nim na kawę, jak na kawie wszystko okej, to można pójść dalej. – To znaczy? – zapytam z kolei ja, wychowana w czasach kiedy rzucanie wymownych spojrzeń i słów trwało przynajmniej kilka tygodni,  zanim jakiekolwiek „dalej” zaistniało. – No, do łóżka przecież. – popatrzą na mnie ironicznie te Niektóre. To jest proste. – Aha, odpowiem. Proste, fakt. A nie za proste? I długo to trwa, ten anorektycznie obgryziony z całej otoczki, romans? – Dzień, dwa, czasem tydzień. – odpowiadacie. – Wiesz Magda, oni lubią zmiany, te wszystkie możliwości które niesie świat. Po co być z kimś na stałe i się angażować, skoro można być codziennie z kimś innym.

– No,  a gdyby ta chęć zmiany wynikała nie z tej wielkiej różnorodności świata, ile po prostu z nudy i schematyczności układu aplikacja-klik-kawa-seks?

Pamiętacie Ritę Hayworth? Jest taka słynna  dziesięciominutowa scena w której Rita ściąga długą, czarną rękawiczkę . I wszyscy patrzą zahipnotyzowani na to jak stopniowo pokazuje swoje białe, smukłe ramię. Jeśli nie pamiętajcie, to obejrzyjcie sobie koniecznie. Od kilkudziesięciu lat jakoś nikomu się to nie znudziło. Nie na darmo mówi się, że pożądanie rodzi się w mózgu. A ten kocha najbardziej niedopowiedzenia.

Pożądanie, zakochanie, stan zauroczenia jest procesem który rozwija się stopniowo.  Poprzez umiejętną grę słów, zachowań,  i to bynajmniej nie jednoznacznych seksualnie możemy potęgować doznania, bardziej się przed sobą otwierać i pobudzać kolejne ośrodki mózgu – całą tą skomplikowaną chemię, która sprawia że nie tylko sam akt seksualny nabiera szczególnego smaku, ale też zakochanie może stać się intensywniejsze, głębsze, nienasycone i być może, w końcu przerodzić się w miłość.

Ci z Was, którzy żądają w tym procesie czystych i uczciwych reguł „bez wygłupiania się” i „robienia z siebie idiotki lub idioty” bardzo dużo tracą. A przede wszystkim zamykają w sejfie na cztery klucze swoje cudowne kreatywne wewnętrzne Dziecko, które odpowiada i za zabawę i za emocje a więc za stan zakochania lub zauroczenia. Potem  przychodzą do mnie Kobiety lub Pary, smutni, zniechęceni, zgnieceni przez codzienność i mówią że coś nie wychodzi. Są wspólne zainteresowania, są pasje, dzieci, dom, wakacje na Lazurowym Wybrzeżu. Tylko tak jakoś, między nimi, czegoś brak. Czego? Po chwili milczenia ktoś wydusza, że nie ma pożądania, że wcale ze sobą nie śpią, że byli już u seksuologa a ten odesłał do terapeuty jako że problem nie jest natury „medycznej”. Czasami, bardziej dramatycznie, pojawia się ktoś trzeci, ktoś komu nie można się za nic oprzeć, bo wariują hormony. Jakoś tak się składa, że Ten Trzeci/Ta Trzecia nawet nie są specjalnie piękniejsi, mądrzejsi lub młodsi. Oni po prostu posiadają tą umiejętność głębokich, przeciągłych spojrzeń, namiętności zrodzonej z niedopowiedzeń, słów pisanych na wiatr niby japońskie haiku. Ich wewnętrzne, radosne Dzieci uruchamiają całą machinę i mówią: no chodź, pobaw się ze mną. O tym jest właśnie piosenka Seweryna Krajewskiego, której dwie zwrotki przytaczam poniżej :

„Baw mnie, zepsuj lub zbaw mnie
To tak zabawnie dzielić swój grzech na pół
Weź mnie, jak się bierze czek
Gdy się człowiek chce zapomnieć

Baw mnie, przytul i zbaw mnie
Amor tak trafnie wybrał i cel, i łuk
Na mnie dzisiaj rzucił czar
Cała jesteś z fal jak magnes”

Instytucja flirtu i flirtowania wcale nie ogranicza się do nawiązania znajomości czy jej początków. To paliwo, które podsyca miłość, pozwala oderwać się od szarej rzeczywistości, zakręcić kołem pożądania i poczuć szybsze pulsowanie krwi. I jeśli związek dobrze funkcjonuje, mimo długich lat, jeśli ludzie chodzą po ulicach trzymając się za ręce i spieszą do siebie po dalekich podróżach, to znaczy że w ich sypialni i w życiu dzieje się coś znacznie więcej niż: „Może dzisiaj wieczorem, jak dzieci pójdą spać, pouprawiamy seks? – Och, dzisiaj??? Ja mam przecież mój ulubiony serial o 22.00. Zresztą, zawsze kochamy się w środy wieczorem”.

Nieodłącznym elementem flirtu jest humor i wzajemność. Co to oznacza? Ano oznacza, że nie wystarczy mechanicznie pomachać rękawiczką lub niby bot z internetu powtórzyć kilka wyuczonych zdań. Pewnie, dobrze jest od czegoś zacząć. Ale jeśli to mają być kompletne początki, to popróbujcie lepiej w domu przed lustrem a nie na pierwszej randce.

Flirt, uwodzenie trzeba oswajać stopniowo, uważnie. Badać swoje własne granice ale też eksperymentować i otwierać się na nowe możliwości. Spróbujcie podejść do siebie i do całej sytuacji lekko, na luzie, z życzliwym uśmiechem, intelektualnym dowcipem. Odkryjcie postać, która wspiera w Was flirtowanie, która jest po Waszej stronie i mówi: no świetnie Ci idzie!! Patrz, to zabawne!! Ale jesteś fajny/fajna. I zadajcie sobie pytanie, kto w Was jest przeciwko flirtowaniu, kto mówi żeby się Broń Boże nie wygłupiać, albo że jesteście na to za starzy lub że nie wypada. Odkrywanie głosów, które się w nas sprzeczają, może być początkiem fascynującej drogi do lepszego poznania siebie.

Wzajemność oznacza, że flirt jest grą towarzyską dla więcej niż jednej osoby. I że nie zawsze to co dla mnie będzie zabawne, będzie takie również dla Partnerki/Partnera. Flirt nie zwalnia z szacunku do Drugiej Osoby. W zamian ma sprawić, że ta poczuje się zupełnie wyjątkowo.

Pamiętajcie, że dobry flirt związany jest z ryzykowaniem. Co to oznacza w praktyce?

Wróćmy do przykładu z początku, kiedy to nasza dzielna Adeptka Flirtowania upiekła tartatin. Wiemy już, że bardzo chciałaby zaprosić pewnego Osobnika, który jej wpadł w oko, niestety robi to nieco nieudolnie. Zastanówmy się co by mogło zwiększyć jej szanse na sukces?

Dialog I.

Ona: Upiekłam pyszną tartatin, jabłka rozpływają się na języku. Może wpadniesz?

On: Oj, niestety mam dużo pracy.

Ona: Och, szkoda..po chwili: wiesz że jabłko jest symbolem miłości?

On: Naprawdę? Myślałem, że pomarańcza.

Ona: Oj Kochany, do tego żebyśmy byli jak dwie połówki musiałbyś się bardziej postarać. Tymczasem pracuj sobie. Ja wychodzę.

On: Postarać? A gdzie wychodzisz?

Ona: Poszukam jabłoni.

On: A jak już wrócisz?

Ona: Jeśli wrócę a koszyk będzie pusty odezwę się do Ciebie..

On: Och, mam dość tej paskudnej roboty. Baw się dobrze, zadzwonię do Ciebie jak tylko skończę. Dobrze???

Ona: Jak będę miała czas to odbiorę.

Dialog II.

Ona: Upiekłam pyszną tartatin. Jem ją sobie właśnie i już chyba wiem jak smakuje pożądanie.

On: Oj, ale Ci dobrze. Ja niestety mam dużo pracy.

Ona:  Trudno, nie każdy może dostąpić rozkoszy. Chyba że…(celowe trzy kropki)

On: Chyba że co?

Ona: No nie wiem czy to powiedzieć, naprawdę. Jak praca? Może chcesz o niej pogadać?

On: Powiedz, proszę!!

Ona: A zasłużyłeś?

On: Tak, bardzo ciężko dzisiaj pracuję, zasłużyłem na pewno.

Ona: No więc, jeśli chcesz dostąpić rozkoszy to wpadnij do mnie. Może zostawię Ci kawałek ciasta.

On: A o której?

Ona: Wiesz, to ciasto jest tak cudowne, że wprost nie mogę się oderwać. Im szybciej tym masz większe szanse, żeby spróbować.

On: To będę najszybciej jak się da. Tylko wyślę ten badziewny raport i już lecę!!

Ona: Spiesz się… (celowe trzy kropki).

W powyższych przykładach element ryzyka polega na tym, że trudno powiedzieć, iż Adeptka Flirtowania będzie wytrwała w swoim uwodzeniu a z jej wypowiedzi wynika jasno, że nie będzie też tkwiła kołkiem w domu, tylko się sobą świetnie zajmie. Jeśli Osobnik, który wpadł jej w oko, nie jest nią zainteresowany, nie podejmie tej gry i nic z tego nie będzie. Jednak, jeśli zainteresowany jest chociaż trochę jej szanse wyraźnie wzrosną. Taka współczesna wersja rosyjskiej ruletki.

Na koniec życzę Wam, żeby flirt i flirtowanie na stałe zagościły w Waszym życiu, ubarwiając je kolorami tęczy, dyskretnym humorem i radosnym śmiechem. Nie pomylcie go tylko czasem z modelowaniem i ramowaniem, proponowanym przez liczne podręczniki uwodzenia dla mężczyzn. Pomysły typu: „żeby nie sądziła że jeszcze się kiedyś spotkacie użyj słów typu: kiedy będziesz już miała męża i dzieci i popatrzysz wstecz to ten szczególny wieczór nadal będzie w Twojej pamięci”; lub z tzw. programowaniem jak: „kilka razy, dyskretnie pokaż jej numer swojego pokoju w hotelu”. Wiecie czemu? Bo to nie działa. Tak po prostu. Sfrustrowani uczestnicy kursów opartych na tych podręcznikach zalegają później tabunami w magazynach i szatniach żałując wydanych pieniędzy.

Powodzenia!

 

tekst: Magda Skomro

 

Nici Ariadny

– Jak człowiek idzie na pogrzeb, to nie ma się w co ubrać. – powiedział dzisiaj starszy pan na placu Imbramowskim, oglądając koszule w kratkę i szare golfy.
Najwyraźniej uznał, że tak jak ma zestaw ubrań wizytowych tak na wypadek śmierci własnej lub cudzej, wypada mu nabyć coś specjalnego. Zamyśliłam się.
Na początku odezwał się we mnie typowy łazarzyk z Tormesu, błazen uliczny, który chichotał i mówił: – Najlepiej kup sobie chustę moro. W barwach ochronnych Śmierć Cię nie zauważy..
Potem wkroczyła George Sand, paląc cygaretkę i mrużąc ironicznie oczy. Zasugerowała, żebym ostentacyjnie zademonstrowała moją niezależność i feminizm, a także bunt wobec norm społecznych.
– Idź na cmentarz z kieliszkiem szampana, śmiejąc się Śmierci w oczy.
Następnie pojawił się Epikur, żeby mi naprędce wyjaśnić, na wypadek gdybym chciała coś zdemonizować, że Śmierci nie ma się co bać, bo i tak po tamtej stronie nic nie ma. Wywód był logiczny i nie pozbawiony swady, niemniej trudno Epikurowi odmówić słuszności, gdy w końcu prychnął:
– No, Ty oczywiście wiesz swoje.
Pewnie, że wiem, a co?
Potem przybiegł jeszcze Tony Pratchett, ciągnąc za sobą lekko anemicznego Szekspira i tłumacząc mi, że Śmierć jest rodzaju męskiego i mówi DRUKOWANYMI LITERAMI, a zatem należy ubierać się przy niej godnie z nutką patetyzmu.
Wreszcie minęły mnie dwie zakonnice, ale z jakiegoś powodu nic nie miały do powiedzenia. Może miały dość tematu a może stwierdziły, że i tak wokół nich unosi się Memento Mori.
Niespodziewanie zrobiłam się głodna. Zapragnęłam bundzu, chleba na zakwasie i dobrego wina. Potem pobiegłam jakby mnie ktoś gonił i nabyłam kolorową pościel oraz farby do malowania na szkle. Poczułam nieodpartą chęć na zakup kwiecistej sukienki, sztucznej mięciutkiej pelerynki, nowych butów i całkowicie nieużytecznej torebki.
– Fajne wdzianko – powiedział ktoś za moimi plecami.
Odwróciłam się i zobaczyłam sympatyczną kobietę, w wieku około 50 lat, bardzo ładną i zadbaną. Uśmiechała się do mnie. W ręce miała trochę włóczki i szydełko.
– Lubię się czymś zająć. – wyjaśniła. – Szybciej mija czas, kiedy się czeka.
– A na co Pani czeka? – zainteresowałam się, równocześnie porównując w myślach ceny sukienek i zawartości portfela.
– Na ludzi czekam, wie Pani. Aż będą gotowi ze mną żyć.
Zdziwiłam się, ale kiedy na chwilę popatrzyłam w lustro, które stało przede mną, nikogo oprócz mnie tam nie było.
Tylko na podłodze prowizorycznej przymierzalni leżał kawałek włóczki z naklejoną etykietką producenta „Ariadna Sp. z o.o. Nici do szydełkowania, przędzenia i labiryntów”.
Potrafimy się na śmierć przygotowywać kupując ubrania lub manifestując swój stosunek do niej od czasu do czasu. Ale na codzień staramy się jej nie zauważać, odsuwając kontakt na potencjalne uroczystości lub rytuały.
Udajemy, że jej nie ma. Układamy plany, odkładamy marzenia, przesuwamy realizację różnych rzeczy na kiedyś: kiedyś siebie polubię, kiedyś jak będę ładna i szczupła będę o siebie dbać, kiedyś się ustatkuję, kiedyś przestanę tak dużo pracować, kiedyś powiem co myślę.
Tyle, że to kiedyś może nie nadejść.

Po prostu.

Tekst: Magda Skomro KrkUff! Filozofia życia

Obraz: Jule Breton Dziewczyna robiąca na drutach

O wspomnieniach, ludziach co odeszli i krainie dzieciństwa

O sklepikach cynamonowych, które przenoszą w krainę fantazji pisał Bruno Schulz..Ja zamiast sklepiku miałam czarodziejski magiel i równie magicznego szewca. Dzieciństwo spędzałam z dziadkami, na pograniczu krakowskiego Podgórza i Kazimierza, w czasach kiedy zamiast Kalwaryjskiej w Podgórzu była ulica przodownika socjalistycznego, Wincentego Pstrowskiego, a Kazimierz zapewniał iluminację i wgląd wyłącznie po odwiedzeniu jednej z licznych, obskurnych melin, lub ewentualnie zaliczeniu starą cegłą w czakrę koronną. Kiedy to piszę mam świadomość przyspieszonego upływu czasu, tego jak świat przemyka w jednej sekundzie mojego patrzenia o kilkanaście lat. Kiedy idę ulicami nakładają mi się obrazy przeszłe z obecnymi, mieszają jak woda z saturatora. Zdarza się, że próbuję trafić do nieistniejących miejsc nieistniejącego czasu. Wpatruję się później ze zdziwieniem w takie miejsca, mówiąc tylko krótkie: aha! jakby na dowód, że już wiem co jest prawdziwe a co nie. Ale powiem Wam: właściwie nie chcę tego wiedzieć.
Mój dziadek miał znajomego szewca, w bramie obok naszej kamienicy. Kiedy wchodziliśmy do środka, otwierał się przed nami ciemny warsztat pachnący klejem i gumą, wypełniony dratwą i pojedynczymi egzemplarzami różnej wielkości butów. Panowie sobie pogadywali a ja drapałam się po schodach na małą antresolę i z tej perspektywy obserwowalnym życie toczące się na ulicy. Szewc trzymał często dla mnie cukierki albo lemoniadę, co zdecydowanie przemawiało na jego korzyść. Spacery z dziadkiem miały prostą dynamikę i cele: wujek Wiktor na Kazimierzu, Talar na działce i szewc w bramie obok. Kto by się przejmował świeżym powietrzem? Zresztą, czytając raporty o poziomie zanieczyszczenia z tamtych lat, można dojść do wniosku, że przy działającym Solvayu, Mircaculum i Bonarce, w Krakowie czystego powietrza po prostu nie było..Może dlatego tak łatwo dawałam się oszołomić zapachem szewcowych akcesoriów i pogrążona w zadumie opukiwałam ściany antresoli w poszukiwaniu skarbów.
Szewc był mędrcem życiowym, jak każdy prawdziwy szewc zresztą, co tłumaczy czemu ten zawód taką karierę zrobił w Indiach. Siedział na swoim krzesełku z butem w ręce, w absolutnym bezruchu, wysłuchując opowieści mojego dziadka o świecie. Później czynił jedną prostą ripostę, stukając znacząco obcasem buta w rękę i powracał do swego dostojnego znieruchomienia.
– Iiii, Panie.. – szeptał mój dziadek, co to będzie..
– Cokolwiek będzie, Panie Julku – odpowiadał Szewc – to nie będzie nic nowego. Wszystko już było.
Tym sposobem szewc dowodził znajomości historii Polski, łaciny i ludzkiej natury.
– My się nie zmieniamy tylko buty się starzeją – dopowiadał, puszczając do mnie oko.
– Ano, szanowanie..
– Aaaa, szanowanie, proszę wpaść jeszcze kiedy z wizytą. – Z wnuczką, uśmiechał się ciepło.
Pani Maglowa, jak ją nazywałam, na zawsze pozostanie w mojej pamięci, jako dama krągłych kształtów, skąpana w kwiatach nasturcji otaczających ławkę przed jej zakładem. Wizyty u niej składane były rytualne, co święta i różne okazje, które u mnie w domu z niezrozumiałych przyczyn kojarzyły się ze zmianą pościeli. Mogłoby się wydawać, że przybywający goście pokotem układali się pod naszymi pierzynami, sprawdziwszy uprzednio ich nieskazitelną czystość i odpowiedni stopień sztywności.
Pani Maglowa siedziała zatem na ławce, nasturcje pachniały krochmalem, a maglowaniem zajmował się chudy jak przecinek mąż i od czasu do czasu kuzynka, bo oficjalnie magiel był instytucją prywatną, jednoosobową.
Z rozmów dziadków jasno wynikało, że na panią Maglową należy uważać, starannie dobierając słowa. Stąd też dziadka posyłano tam niechętnie, jedynie w sytuacjach awaryjnych. Zazwyczaj szłam tam z babcią, pouczona że mam się zachowywać jak należy.
– Moja pani, jak ciężko w dzisiejszych czasach, wzdychała elegancko moja babcia, trzymając pod pachą tobołek z pościelą.
– Ciężko czy nie ciężko, pani kochana – odpowiadała pani Maglowa, uśmiechając się nieco protekcjonalnie – żyć jakoś trzeba..
Pan Maglowy wychylał się bezszelestnie z pomieszczenia pełnego pary i odbierał paczkę. Znikał w jego czeluściach jak duch, żywiący się oparami z wody i nitkami bawełny.
– No, niechże pani wpadnie jeszcze kiedy – mówiła łaskawa władczyni nasturcji. – Z wnuczką, oczywiście, że z wnuczką..tak szybko rośnie. Pani Maglowa wiele widziała o dorastaniu dziewcząt w mojej dzielnicy. W końcu krochmaliła wszystkie prześcieradła, w swoich kwiatach skrzętnie chowając ludzkie sekrety…
Między Podgórzem a Kazimierzem, między szewcem a panią Maglową, między dobrem a złem płynęły wybory mojego dzieciństwa.

Tekst: Magda Skomro, KrkUff! Filozofia życia