O trudach terapii – terapeuta na manowcach

Pójście na terapię jest trudne. Kiedy dawno temu oświadczyłam Mamie, że zdecydowałam się na terapię, popatrzyła na mnie z lekko ironicznym uśmiechem i zapytała: „Czyli będziesz leżeć na kanapie i opowiadać facetowi za swoimi plecami o dzieciństwie”? W Polsce pokutują stereotypy, dodajmy skostniałe i nikomu nie służące, może jedynie tym którzy boją się w jakikolwiek sposób dotknąć spraw związanych ze swoją strefą komfortu. Jak godło lub narodową chorągiew dzierżymy przekonanie, że terapia jest dla osób delikatnie mówiąc niezrównoważonych psychicznie lub dla niezguł, mięczaków co to po prostu nie potrafią się wziąć w garść.

Miarą „silnego” człowieka, w oczach wspartego pozytywistycznymi ideałami społeczeństwa, jest umiejętność poradzenia sobie w każdej trudnej sytuacji poprzez zaciśnięcie zębów i wzięcie się do pracy. Emocje można trochę popuścić w ramach wzruszenia religijnego, narodowego lub oczyszczająco kiedy uświadomimy sobie własne błędy i konstruktywnie zaczniemy je naprawiać. W innych przypadkach emocjami trzeba umieć zarządzać jeśli jest się mężczyzną, a w przypadku kobiety trzeba sobie jakoś z nimi radzić. Bo przymiotnik „emocjonalny” miał w Polsce do niedawna wyłącznie wydźwięk sarkastyczno-pejoratywny. Zarządzanie emocjami zazwyczaj polega na tłumieniu ich, blokowaniu, zaprzeczaniu i zajmowaniu się czymś innym: pracą, piciem, hazardem lub seksem. Radzenie sobie natomiast z emocjami zwyczajowo polega na nieustannych migrenach lub bolesnych miesiączkach, na które pomaga sławetna etopiryna lub no-spa, produkowana w coraz silniejszych dawkach i większych opakowaniach.

Tak zatem wyparcie, używki i objawy psychosomatyczne zadomowiły się na dobre w naszym pięknym kraju leżącym nad Wisłą i mają o wiele większe przyzwolenie społeczne niźli przyznanie się do faktu, że nie jestem szczęśliwa/y, chcę w życiu czegoś innego, małżeństwo miało być piękną relacją a jest kontraktem, nie rozmawiamy ze sobą od kilku miesięcy, dzieci mają ojca w x-boksie a  matkę w komórce. Nie możemy się przyznać do swoich pragnień, bo to wstyd a poza tym od pewnego wieku nie wypada mieć już pragnień, bo żyje się dla innych. Nie możemy dokonywać zmian w życiu właściwie ani w wieku 20 lat, bo wtedy mamy słuchać starszych, ani w wieku 30 lat, bo wtedy mamy co innego do roboty, ani w wieku 40 lat, bo wtedy jest już za późno, a potem, potem moi Drodzy Państwo to już po prostu bez sensu.
Należy także pamiętać o tym co dobre, słuszne, prawidłowe, poprawne, co wypada a co nie, za co jest kara Boska a za co niebo lub ewentualnie czyściec. Należy (och! jak łatwo wypowiadam tutaj to słowo: należy, jaką ono ma moc!) także koniecznie porównać to co się dzieje w naszym życiu z jakąś katastrofą na świecie, głodnymi dziećmi w Afryce, sąsiadem któremu spłonął dom, cały majątek i umarła rodzina. Bo tylko wtedy widać wyraźnie, że nam wcale nie jest tak źle, że nie ma co narzekać, że inni mają znacznie gorzej i że w głowie nam się poprzewracało, bo chcemy czegoś innego.
Nawet jeśli ktoś przełamie wszystkie blokady, wszystkie ograniczenia, czytał przypadkiem Gazetę Wyborczą, albo natknął się w sieci na portal Mam Terapeutę i uznał, że mimo iż mu pozornie całkiem nieźle to jednak pójdzie na terapię, bo może być lepiej, to i tak taka osobę napotkają kolejne przeszkody. Zderzy się ze schizmą, wstydliwymi zakulisowymi potyczkami pomiędzy psychologami, psychiatrami, terapeutami, nurtami psychoterapii, tym co jest oficjalnie uznane a tym co już nie bardzo i sformułowaniami typu: szarlataneria, naukowe metody, uznane i nie uznane, certyfikowane lub nie, przez Towarzystwo X, Towarzystwo Y oraz kilka Fundacji XYZ. Najpiękniejszym stwierdzeniem, które ma przekonać wszystkich zainteresowanych, że dana osoba, metoda lub organizacja są wiarygodne jest stwierdzenie typu: „stosujemy tylko i wyłącznie narzędzia i metody zweryfikowane i potwierdzone naukowo”. Bo słowo nauka ma zagwarantować niezawodność, niezawisłość, skuteczność, autorytet który wie i potrafi. A tymczasem choroby duszy i praca z nimi niejeden uznany Autorytet zaprowadziła na manowce, na których siedział i wsłuchiwał się w ciszę lub czekał na znak od Boga lub palił ognisko, wznosząc modlitwy i ofiary. I dopiero bycie na manowcach pomogło. Bo jeśli chcemy mówić o magii procesu grupowego czy cudzie terapii, to nie zapominajmy gdzie to wszystko miało swoje początki. Wcale nie w medycynie, uniwersytetach i stopniach doktorskich, ale w szamanizmie, różnych religiach, filozofiach i wierzeniach. I teraz stopniowo nasza cudowna nauka poprzez młode i początkujące badania z genetyki czy neurobiologii zaczyna potwierdzać to, co wcześniej zostało wyklęte lub zaprzeczone. Więc ostrożnie ze stwierdzeniem, że coś jest „nienaukowe”. Bardzo ostrożnie, proszę. Carl Rogers powiedział, że to nie metoda leczy tylko relacja i człowiek.
A jeśli już Człowiek Szukający Pomocy (w skrócie Osobnik SP) machnie na to ręką i jednak wybierze terapeutę, umówi się na wizytę i wejdzie do gabinetu to rozpocznie kolejną i bardzo zasadną walkę o zbudowanie relacji, o zaufanie do terapeuty, którego nie zapewni żadne świadectwo i żadna cudza opinia oraz z własnymi demonami i projekcjami. Ale to już temat na kolejny artykuł.
A teraz pozwólcie że oddam hołd wszystkim bezimiennym Osobnikom SP, którzy mimo wszystko na terapię poszli, zostali, wytrwali, coś zmienili i się nie poddali. Jesteście Bohaterami Współczesnego Świata. Chapeau bas, kapelusze z głów!!!

tekst: Magda Skomro, KrkUff! Filozofia życia

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *