O lęku przed życiem
– Niepokój znacząco utrudnia mi cieszenie się życiem. – powiedział Klient. – Zresztą jak mogę coś planować: myśleć o kupnie psa, założeniu rodziny, nawiązaniu przyjaźni czy hobby kiedy w każdej chwili może się coś wydarzyć.
– Na przykład co? – zainteresowałam się.
– No cóż..mogę na przykład trafić do więzienia.
Poczułam się przez chwilę jak naczelna terapeutka rodziny Soprano. Może będę musiała wysłuchiwać bezdennych wątpliwości o potrzebie kolejnej zbrodni członka mafii. Zwierzeń o nitkach powiązań w betonowej dżungli miasta. Później będę czytała oficjalne wersje zdarzeń, na prędce utkane na potrzeby policyjnych statystyk wiedząc doskonale jak wygląda prawda. Zacznę palić papierosy i będę miała napady lęku ilekroć w drzwiach mojego gabinetu będzie stawał klient, gotowy do otworzenia kolejnego rozdziału swej mrocznej duszy.
Popatrzyłam z determinacją na mężczyznę w garniturze, który siedział na przeciwko mnie i nieco melancholijnie się uśmiechał.
Odważyłam się zadać kolejne pytanie:
– A na jakiej podstawie Pan tak sądzi?
– Cóż..prowadzę firmę, czasami współpracuję z innymi krajami….- niepewnie urwał widząc jak zaczynam mu się intensywnie przyglądać. – No więc – podjął wątek, to przecież możliwe, prawda? Tak, ogólnie…
– A pewnie – skwapliwie przytaknęłam, czując coś w rodzaju ulgi. – A jakie fakty za tym przemawiają?
Faktów nie było, ani w dalszej ani w bliższej perspektywie.
Mimo tego, Klient nie wyglądał na pocieszonego.
W jego wizji, bardzo precyzyjnie skonstruowanej, w wyniku działania bliżej nieznanych sił i szatańskich zbiegów okoliczności, tracił cały majątek. Na skutek kolejnych nieszczęść trafiał do więzienia, gdzie mógłby potrzebować mojej pomocy, ale nie będzie go na nią stać. Więc może – tu padła sugestia – teraz mi będzie płacił podwójnie, żeby zostało na zaś, tak na wszelki wypadek.
Mimo pokusy zarobienia podwójnie w uczciwy sposób nie zgodziłam się.
– Umówmy się, że jeśli się tak stanie jak Pan sugeruje, to będę z Panem pracowała za darmo. Zgoda?
Zdziwiłam się, że zamiast radości Klient jeszcze bardziej posmutniał i zapadł się w sobie.
– Nie cieszy się Pan?
– Nie. Jak Pani to zaproponowała, to pomyślałem jak absurdalnie brzmią moje lęki, kiedy tutaj o nich rozmawiamy. A jednak odbierają mi sen i przeszkadzają normalnie funkcjonować.
Pokiwałam głową. Ileż to jesteśmy w stanie zrobić, żeby stworzyć sobie temat zastępczy w obawie, że temat właściwy postawi nas na granicy strefy komfortu i wyrzuci w kosmos.
Poczułam do Klienta sympatię i zaproponowałam:
– Wie Pan co? Mam myśl: zagrajmy w zabawę „tak jakby”. Zna Pan?
– Nie.
– Dobrze. To niech Pan sobie wyobrazi, że ten Pana problem tak jakby nie istnieje. Budzi się Pan jutro z gwarancją, że nigdy Pan nie zbankrutuje, że nigdy Pan nie trafi do więzienia. Jest Pan wolny, zamożny, zrelaksowany. Co się wtedy dzieje?
Klient popatrzył na mnie z ukosa.
– To bardzo dziwne. – odparł powoli. – Jak sobie staram wyobrazić ten stan, czuję się bardzo przygnębiony i przychodzi mi do głowy, że moje życie nie ma sensu.
– Jeśli tak to Pan przeżywa to czy możliwym jest, że Pańska wizja jest genialnie skonstruowaną racjonalizacją, dzięki której nie musi Pan doświadczyć pełni swojego życia, takiego jakim jest ono naprawdę?
Klient milczał.
– Niech Pan popatrzy – kontynuowałam. – scenariusz który Pan opisuje jest w swoim wydźwięku nieuchronny. Skoro ma się wydarzyć i to z taką pewnością, to po co na niego czekać w napięciu? Równie dobrze mógłby się Pan cieszyć tym czasem, który jest teraz. Ale Pan tak nie robi. Wywód Epikura o tym, że nie musimy się lękać śmierci na Pana nie działa. To chyba oznacza, że z jakiegoś powodu życie samo w sobie jest dla Pana o wiele trudniejsze czy przerażające niż wizja katastrofy. Czekając aż ta się wydarzy, wisi Pan w próżni nie potrafiąc lub nie chcąc jej niczym wypełnić. Zakłada Pan też, że kiedy Pan się znajdzie w potrzebie i tak wszyscy się od Pana odwrócą, bo ich Pan zawiedzie. Więc na wszelki wypadek nie tworzy Pan relacji i nie ryzykuje potencjalnego rozczarowania.
Klient popatrzył mi prosto w oczy.
– To co mam zrobić? – zapytał.
– Nie wiem. – powiedziałam. – Odpowiedzi będziemy szukać razem. Tak jak wielu ludzi przed nami i wielu ludzi po nas. Ale najważniejsze jest chyba to, aby Pan po prostu chciał spróbować żyć inaczej niż do tej pory. I doświadczał tego co realne zamiast przeżywać to co tylko wyobrażone. Mam nadzieję, że czeka Pana na tej niełatwej drodze wiele cudownych odkryć.
Zegar pokazał 59 minutę naszej sesji. Światło wpadło przez małe boczne okno i rozświetliło pokój.


