O wuju Wiktorze i sensie dobrego życia

Kim są ludzie, którzy noszą imiona i nazwiska przypominające nam bliskich i ważnych, obecnych lub nieobecnych. Czy noszą w sobie cząstkę tych, których pamiętamy? Do których tęsknimy? O których czasem myślimy? Co takiego jest w człowieku, że jego życie staje się znaczące i godne zapamiętania. Zawód? Dzieci? Nagrody i medale?

Moim ukochanym wujem z dzieciństwa pozostanie na zawsze Wiktor Urbański, mąż babki ciotecznej Kunegundy, dożywotni konkubent babki ciotecznej Hanki. Moja rodzina w sposób naturalny uzupełniała braki w swoich ogniwach, więc kiedy umarła Kunegunda, Hanka zajęła jej miejsce. Najwyraźniej poczucie braku jest największym zagrożeniem tego rodu.

Wuj Wiktor był utracjuszem i hulaką; przed wojną doskonale sytuowany szlachcic, po wojnie stracił wszystko a co zostało z wdziękiem przegrał w karty. Nikt nigdy nie wspominał o jego źródłach utrzymania i sądzę, że ta historia już nie zobaczy światła dziennego. W mojej pamięci wuj miał zawsze mnóstwo wolnego czasu, który spędzał na placu żydowskim na Kazimierzu, sprzedając agrafki, igły lub inne rupiecie i dyskutując, pijąc piwo od którego miał ogromny brzuch, dogryzając złośliwie, bo rozum i język miał wyjątkowo cięty.

Uwielbiałam go, bo na rodzinnych uroczystościach wolał rozmawiać ze mną niż z dorosłymi, traktując mnie równocześnie z powagą i przymrużeniem oka. On jeden pokazywał mi, że życie można traktować lekko, pogodnie, bez narzekania czy wzajemnych oskarżeń. Lubiłam go odwiedzać, bo tam, na Brzozowej był spokój i kwitły róże. Tykanie zegara, porcelanowe secesyjne figurki i cukierkowate obrazki panienek karmiących gołębie zdawały się mówić: ależ… nie bierz wszystkiego tak serio, nie warto.

Wuj dla rozrywki zatrudniał się jako statysta filmowy: brał każde statystowanie, również rozbierane, o co zdaje się reszta rodziny miała do niego pretensje. Z perspektywy czasu sądzę, że chyba z zazdrości. On mógł sobie pozwolić na wszystko i na zakończenie po prostu się uprzejmie uśmiechał, strzelając radośnie oczami w różne strony, jakby jeszcze raz tym wszystkim sztywniakom i karierowiczom wyciął doskonały numer.

W rozmowy o polityce nie wchodził. Zresztą, przez większą część jego życia tak było znacznie bezpieczniej.

Znał dużo ludzi, żył słuchając godzinami ich historii.

Na kościół  się obraził, na Pana Boga chyba jednak nie, bo zdawał się być cudownie wpasowany w rytm codziennego życia, pogodzony ze sobą, z miejscem, z czasem: akceptujący odmienności, eksperymentujący z rzeczywistością.

I śmierć miał lekką, jakby w nagrodę za dobre zrozumienie sensu życia: pewnego czerwcowego popołudnia usiadł na  fotelu, zapatrzył się na zachód słońca za oknem  i nasycony tym widokiem – zasnął..Mało takich śmierci w mojej rodzinie, co daje do myślenia.

Kiedy wklepuję dane wuja w przeglądarkę internetową wyskakują mi historie ludzi noszących jego imię i nazwisko; jego samego tam nie ma, bo nie miał żadnych publicznych osiągnięć. Widzę więc co inni biorą po moim wuju: jeden był oficerem politycznym, inny jak sam siebie określa jest roztańczonym biznesmenem i optymistą, jeszcze inny robi karierę naukową.

Cokolwiek robicie i cokolwiek jest dla was ważne, życzę Wam, żeby ktoś wspominał Was tak mocno i ciepło i niepowtarzalnie jak ja mojego wujka Wiktora. Niech Anioły kręcą z nim same dobre filmy. Amen.